7 idealnych prezentów na Walentynki

Moda & Styl życia

Miał być przegląd biżuterii i sugestie dotyczące walentynkowych prezentów, ale… po pierwsze zrobiły to już wszystkie babskie portale na tym kontynencie i nie tylko na nim, więc nie widzę sensu w powtarzaniu tego samego. Po drugie Walentynki same w sobie może mnie i nie irytują, bo to dość przyjemne zafundować sobie dzień skowronków, maślanych spojrzeń i wyegzekwować prezent z tejże okazji, ale do szału doprowadza mnie handlowa przaśność 14-ego lutego. I nie znoszę czerwonego koloru, co dodatkowo podnosi mi ciśnienie. Serduszek, poduszeczek, tasiemek, ptaszków walających się tonami po sklepowych wystawach. Po trzecie walentynkowy zwyczaj zakupowy jest raczej taki, że i on i ona kupują „drobiazg”, bo to święto nie-wiadomo-co. Więc „niczego” kupić nie wypada, a na „coś” porządnego kasy szkoda (mówię o parach, które etap rekrutacyjnego randkowania mają za sobą). Nie muszę się z resztą wymądrzać, żeby obronić tę teorię. Wystarczy wrzucić na gogle hasło „prezent na walentynki” i sami zobaczycie, co wyskakuje – mydło i powidło: zapalniczki warte w najlepszym wypadku połowy swojej ceny, statuetki podświetlane foto, personalizowane poduszki z materiałów, których w normalnych warunkach trudno byłoby użyć do wycierania podłogi, czerwone slipy, damska bielizna, breloczki, kubeczki, czerwoności i różowości ile chcecie. I za ile chcecie.

A tak naprawdę dobry prezent, to taki który:

a) jest po prostu drogi lub

b) został zrobiony samodzielnie lub

c) na jego widok jesteś tak zaskoczona, że nie jesteś w stanie go skomentować przynajmniej przez kilka minut, lub

d) został wymarzony i dokładnie sprecyzowany przez obdarowywanego/obdarowywaną.

 

Inne prezenty to umówmy się – nie prezenty. Wiem, wiem – „liczy się symbol, a nie cena”. I takie tam. Może. Dla nastolatków na etapie euforii i skowronków. Dla dorosłej kobiety, a na pewno już takiej po 30tce liczą się trochę inne klasyfikacje, specyfikacje i parametry. Dlaczego? Bo ma do tego święte prawo, ot co. Bo trochę już przeżyła, sporo zobaczyła i przynajmniej od kilkunastu lat haruje na to, żeby synonimem jej życia była jakość. Takich też szuka facetów. Jeśli ich nie znajduje, to a) żyje z mniej idealnym, a resztę z idealnego życia organizuje sobie sama lub b) żyje sama, a resztę z idealnego życia organizuje sobie sama.

Wracając do prezentów, szczególnie tych walentynkowych – każdy niesie ze sobą pewne ryzyko. Prezent A – wszystko jest w porządku, jeśli Walenty został wpisany jakoś bardziej trwale w harmonogram tygodnia, miesiąca, roku. Wtedy nakłady finansowe jakoś tam się bilansują. Ale jeśli Walenty jest zaledwie „rozważany”, to sytuacja się komplikuje. Przyjąć, nie przyjąć? Róbcie, co chcecie. Konsekwencje to już inny temat. Prezent B – zrobiony samodzielnie, niekoniecznie będzie miał jakiekolwiek walory estetyczne i może się zdarzyć (choć oczywiście nie musi), że dostaniecie figurkę wieży Eiffla, wykonaną samodzielnie przez Walentego z zapałek (zamysł sam w sobie nie najgorszy) i nie dość, że trzeba będzie przez jakieś 40 minut piać z zachwytu nad zręcznością wspomnianego, to następnie – znaleźć na to miejsce w szafce i jeszcze pamiętać, żeby wyciągnąć upominek za każdym razem, kiedy zacięty manualnie Walenty będzie miał Was ponownie odwiedzić. Uwaga – idealnym rozwiązaniem jest w takiej sytuacji posiadanie niesfornego kota (nawet jeśli nie jest niesforny), ponieważ zawsze można na niego zgonić zniszczenia. Mój kot sprawdzał się pod tym względem idealnie, choć był bardzo grzeczny. Prezent C – do tego to już niestety potrzebny jest naprawdę kreatywny facet. Zdarza się to sporadycznie, ale jednak. Wszystko na granicy cudu. Do końca życia nie zapomnę telefonu mojego ówczesnego Samca-Nie-Etatowego – „wyjdź na balkon” i widoku pięciu lampionów unoszących się w powietrzu. Nie ważne, że pozostałe okoliczności pozostawiały wiele do życzenia – sąsiedzi mocno alkoholowi, wypełzający na mikroskopijne balkony, żeby podziwiać MOJE lampiony; emeryckie, szaro-bure osiedle, pogoda bardziej jesienna niż zimowa i samiec alfa, który sprawdzał się we wszystkich spektakularnych okolicznościach życia, ale zupełnie nie na co dzień. P.S. Mimo wszystko nadal się przyjaźnimy!

I wreszcie dochodzimy do sedna sprawy, prezent D – wymarzony, sprecyzowany parametrycznie, oceniony i przeanalizowany na pierdyliard sposobów. Szczerze? Nie dostaniecie go od nikogo innego oprócz siebie samych. Dlaczego? Bo nie ma na kuli ziemskiej drugiej osoby, która rozumiałaby Was lepiej.

Kiedyś, dość dawno temu, bo na początku lat 30-tych, kiedy Coco Chanel tworzyła swoją pierwszą kolekcję diamentowej biżuterii, padły z jej ust słowa, które na zawsze przedefiniowały podejście do kupowania błyskotek. Tych na kieszeń każdego i tych bajońsko drogich. Tworząc swoją diamentową opowieść czuła, że daje początek nowemu rodzajowi wolności. Wiedziała, że tę biżuterię kobiety będą kupowały sobie same. Nie będą o nią żebrały u swoich facetów, nie będą się im umizgiwały składając kolejną prośbę, nie będą musiały na nią „zasłużyć”. Robiła ją z myślą o kobietach, które będą ją kupowały same. Bo biżuteria, która powstała przy rue Cambon była tak inna, od wszystkiego, co przez setki lat stworzyli jubilerzy mężczyźni, że tylko kobieta będą miały odwagę ją kupić. I tak też się stało, odkąd diamentowa kolekcja Chanel pojawiła się na rynku, większość zakupów dokonywały i dokonują kobiety!

DIAMENTOWA KOLEKCJA CHANEL Z 1932 r.

Historyczna kolekcja Chanel z 1932 r. na woskowych manekinach wykonanych specjalnie do jej ekspozycji, fot. archiwum Chanel

 

I tego też wszystkim życzę – samodzielnego kupowania sobie prezentów. Przynajmniej od czasu do czasu. Bo na to zasługujemy, pracujemy, chcemy. Chociażby przy okazji 14 lutego. Lub każdej innej.

 

Lista moich prezentów, których realizacja przede mną (kolejność nieszczególnie sugestywna):

 

RÓŻOWA PORCELANA Z ĆMIELOWA – serwis do kawy i herbaty

Chciałabym powiedzieć – „bo tak”, ale niepraktycznych powodów jest trochę więcej. Różowa porcelana jest jednym z niewielu w Polsce cudów, powstałych z połączenia tradycji i wzorniczego dziedzictwa tego kraju z nowoczesną technologią. Bardzo doceniam tego typu produkty, bo po prostu zwyczajnie jest ich bardzo niewiele. Nie potrafimy skutecznie komercjalizować rzemiosła. Albo potrafimy to robić w bardzo ograniczonym zakresie. Niewielu w każdym bądź razie się to udaje. Nowemu właścicielowi ćmielowskiej porcelany ten cud się na szczęście udał. Nazywana arystokracją wśród porcelany, w pełni zasługuje na to miano. Jej receptura powstała w latach 30-tych XX wieku, stworzona przez Bronisława Kryńskiego – przedwojennego współwłaściciela fabryki porcelany Ćmielów, zaginęła tuż po wojnie. Jej odtworzenie trwało blisko 70 lat i udało się tak naprawdę tylko dzięki zapiskom Kryńskiego przekazanym fabryce przez jego córkę i determinacji Adama Spały – nowego właściciela Ćmielowa. Jest wyjątkowa z wielu powodów. Jej różowy kolor paradoksalnie powstaje dzięki pudrom i składnikom uzyskiwanym z 24-karatowego złota (!). No wybaczcie, ale picie kawy z filiżanki wykonanej ze złota to szczyt hedonistycznej przyjemności!!! Wśród wszystkich wyrobów porcelanowych na świecie ma najsilniejszą „przeświecalność”. Umówmy się – nie ma nic ważniejszego w porcelanie niż wrażenie jej kruchości i delikatności. Porównajcie sobie to same, ale gwarantuje, że picie herbaty lub kawy z porcelanowej filiżanki, a nie z jakiegoś kamionkowego, porcelitowego czy gliniankowego dziadostwa, wymusza elegancję i poczucie wyjątkowości. Poza tym, różowa porcelana będzie tylko i wyłącznie MOJA. Samiec alfa w osobie mojego Pana-Nie-Męża nie napije się herbaty z różowej filiżanki. Nie ma absolutnie takiej możliwości w znanej mi galaktyce! Z tych właśnie powodów serwis z różowej porcelany z Ćmielowa prędzej czy później, (choć wolałabym „prędzej”) znajdzie się w mojej kuchni – z miłości do piękna w każdym aspekcie życia, ze snobizmu i ze zwykłej chwilowej złośliwości.

 

PODRÓŻ PO MAROKU

 

W pojedynkę lub z przyjaciółką. Na pewno nie z facetem. Bo żaden samiec nie doceni tego, co w Maroku jest najważniejsze – kolorów, zapachów, geometrii wzorów, tkanin, ornamentyki, bazarowego hałasu, berberyjskich akcesoriów czy intensywnie zdobionych mebli i genialnej symetrii w architekturze. Podróżując singielsko będę mogła bezkarnie spędzić dzień w Jardin Majorelle – marokańskim domu z niezwykłym ogrodem należącym niegdyś do Yves Saint Laurenta! Nikt mi nie zrobi awantury o nadbagaż spowodowany oczywiście zakupami tego, co w Maroku najpiękniejsze – bawełnianych szali w bajecznych kolorach, ręcznie wykonywanych i zdobionych ceramicznych płytek z Fezu i brzęczącej biżuterii. Mam nadzieję, że Maroka nie czeka los podobny do Syrii i wszystkich miejsc, w których arabscy degeneraci robią, to co robią…

 

MUZEUM ERMITAŻU w Sankt Petersburgu. Miewam różny stosunek do Rosji o rozbieżności od „poprawny politycznie” do… brak słów. Ale zawsze będę im zazdrościć architektonicznego mixu, w którym rosyjski barok, bizancjum i klasyczne elementy łączą się w taki sposób, że odbierają mi mowę. Zazdroszczę im również ludowego haftu i ornamentyki, setek rękodzielniczek, które z milimetrowych szklanych koralików są w stanie zrobić biżuterię, o której nie śniło się najlepszym europejskim manufakturom rękodzielniczym, jubilera Fabergé i wszystkiego, co zgromadziła dynastia Romanowów krwiopijców. A to znajduje się właśnie w Muzeum Ermitażu w Sankt Petersburgu. Jeśli będę mogła jeszcze skorzystać z Hotelu Ermitaż, to nie ukrywam, że będzie to szczyt szczęścia. Przynajmniej na jakiś czas.

 

 

Torebka BIRKIN BAG – najlepiej z krokodylej skóry. Mimo niedawnego skandalu związanego z wyprawianiem skór do wyrobów HERMÈS, mimo kompletnej niepraktyczności tej torebki, która nie ma w środku nawet jednej przegródki, czego w torebkach nie znoszę; mimo zamknięcia, które na milion procent doprowadzi mnie do szewskiej paski i z całą pewnością będzie częściej noszona niezamknięta niż zamknięta, a to z kolei odbierze jej sporo uroku; mimo że obiektywnie – ona wcale nie jest ładna!!! Ale jest legendą, szczytem luksusu i megalomanii, nie jest warta nawet 10% swojej ceny, a modele które mi się podobają to połowa wartości mieszkania. Nieważne, to Birkin Bag. P.S. Szczerze – nie wiem, czy jestem aż tak odważna, żeby kiedykolwiek kupić torebkę za mniej więcej 50 tys. PLN…

 

 

Obrączka TRINITY CARTIER. Jej wzór powstał w 1924 roku, tę pierwszą wykonano z połączenia 3 obrączek w kolorze białego, żółtego i różowego złota. Każdy symbolizuje inny etap związku, biały – przyjaźń, różowy – miłość, a żółty wierność. Dziś Cartier ma swoim katalogu kilkadziesiąt interpretacji pierwowzoru. Ilość podróbek na rynku jubilerskim jest po prostu niepoliczalna. Ale tak naprawdę tylko obrączka Cartiera jest do dziś ikoną stylu, ponadczasową, niezobowiązującą, wyjątkową. Stwierdzicie pewnie, że to mogłaby być obrączka ślubna i pewnością macie rację. Ale co w sytuacji kiedy wasz Pan-Nie-Mąż nie jest i nie będzie zainteresowany zmianą stanu cywilnego? Wtedy trzeba tę obrączkę dostać od samej siebie i już!

 

 

PARYŻ I WARSZTATY HAFTU w Ecole Lesage. Tej samej, w której powstają wszystkie hafty do kreacji haute couture Chanel, między innymi. Marzenie życia to udział we wszystkich poziomach nauki haftu i aplikacji. Koszt – ponad 15 000 euro i poświęcenie mniej więcej 6 miesięcy. Ale nie ma miejsca w Europie, w którym można się tej precyzyjnej sztuki nauczyć lepiej. To właśnie tam są prawdopodobnie najlepsi na świecie instruktorzy rękodzieła, tradycyjne narzędzia i materiały najwyższej jakości. Jeśli przy okazji będę mogła pomieszkać (nie odwiedzić, tylko pomieszkać właśnie) chwilę w Paryżu i poczuć rytm tego miasta, to niewiele więcej do szczęścia będzie mi już brakowało. No może powrotu do Polski i stworzenia najlepszej szkoły rękodzieła w kraju.

 

 

KLASYCZNA TRÓJKA OD CHANEL – naszyjnik ze sztucznymi perłami + torebka Boy + żakiet. Ot tak. Bo kocham projekty Coco Chanel, jej filozofię i demony, które potrafiła przekuwać w sukces swoich projektów. Zrobić coś z niczego udawało się wielu. Nie tylko w branży modowej. Ale przetworzyć fatalne wspomnienia z dzieciństwa (biedę, kiepskie pochodzenie, rozczarowania i upokorzenia) w produkty, których pragną najbogatsi właściciele pierwszych nazwisk Europy – to już jest niezwykły talent. Zazdrościli jej tego wszyscy. Konkurenci wyzłośliwiali się tekstami o ekskluzywnym ubóstwie dla milionerów, a umówmy się, że działo się to kilkadziesiąt lat przed Ekskluzywnym Menelem. A ona robiła swoje – biżuterię ze sztucznych pereł, którą kochały jej majętne i odpowiednio urodzone klientki, mimo że sama Coco nosiła tylko tę z prawdziwych pereł; kiecki z dżerseju, który wcześniej wykorzystywany był do szycia bielizny dla wojska, a których sama Chanel nie nosiła nigdy poza sesjami do zdjęć; torebki, np. słynną Boy Bag, zainspirowaną przez jej legendarnego kochanka. Nie wspominając o tym, że tę legendę stworzyła ona sama, bo Boy Capel nigdy nie traktował jej tak dobrze, jak wszystkim się dzisiaj wydaje. Za to kocham Chanel, za specyficzny rodzaj kpiny, który uprawiała wobec swoich klientek – carskie szlachcianki, które wykonywały hafty w jej pracowni, bo po ucieczce z bolszewickiej Rosji ich majątki były już tylko mglistym wspomnieniem; Paryżanki, które wbijały się w jej chłopięce stylizacje, choć niejednokrotnie w sferze marzeń pozostawało ukrycie mankamentów figury; ekskluzywne ubóstwo, którego pragnęli wszyscy…

 

P.S. Wszystkim zakochanym (mniej lub bardziej) wszystkiego najlepszego!

© 2018 Kinelkovska. Wszelkie prawa zastrzeżone. Zdjęcia użyte na stronie stanowią własność właściciela strony.