Brukseli, którą kochałam, już nie ma

Podróże & Ludzie

Brukseli, w której zakochałam się dawno temu, już nie ma. Dzisiaj runął symbol, który dla mnie zupełnie prywatnie miał znaczenie sporo ważniejsze od politycznego. W moich wspomnieniach to zawsze pozostanie miejsce na ziemi, w którym urodziłam się na nowo, uwierzyłam w siebie i ludzi globalnie, pożegnałam małomiasteczkowe kompleksy i zrozumiałam, czym jest wolność. Więc dzisiaj po prostu pękło mi serce.

Bruksela, Grand Place

 

W czasach, kiedy Belgia bywała moim drugim domem, niewielu widziało zagrożenie. Intensywny projekt multi-kulti był wszechobecny. I większość mieszkańców Brukseli, tych od zawsze i tych nowych, naprawdę w to multi-kulti wierzyło. Najbardziej poprawny politycznie ze wszystkich europejskich projektów. Przesiąknięty elitarną „europejskością” do granic wytrzymałości. Pamiętam, że muzułmanów traktowało się mniej więcej, jak „dobrodziejstwo inwentarza”. Ani gorzej, ani lepiej od innych nowych narodowości, które pojawiły się w Brukseli. Oczywiście kiedy mówiono o „nowych” myślano o gościach z Europy Wschodniej, Marokańczykach, Hindusach, itd. Wszyscy byli jakoś tam potrzebni dla utrzymania standardu życia „starych” Europejczyków.

 

Bruksela, budynek Parlamentu Europejskiego, widok od strony ogrodu, fot. tacna

 

Na rogu każdej brukselskiej ulicy, gdzie pachnącą ciastem francuskim ‘patisserie” prowadził Marokańczyk, sklep spożywczy Hindus, Polka robiła paznokcie, a sprzątał Bułgar, wszędzie tam czuć było specyficzną belgijską wyższość. Specyficzną, bo przez kilka lat nie poznałam Belga, który czułby się Belgiem. Nigdzie indziej tożsamość regionalna nie jest tak silna, jak tam. Poza rodziną królewską nikt w stolicy Europy nie jest Belgiem. W krainie koronek, czekolady i diamentów jest się Walonem, Flandryjczykiem lub Flamandczykiem. Belgiem jest co najwyżej imigrant. Ten z dawnych kolonii. Ten z Europy Wschodniej to pracownik (robotnik, już mniej subtelnie). A muzułmanie to muzułmanie. Dla statystycznego Belga (nie tego poprawnego politycznie brukselczyka), to kategoria bez definicji.

 

Jedna z brukselskich uliczek w mojej ulubionej dzielnicy Schaerbeek, fot. boulevard

 

Wynajmowałam na przykład mieszkanie od Francuzki, która wyszła za mąż za Walona, a większość życia przeżyła w chińskim Tiencim, gdzie rodziły się jej europejskie dzieci. Blisko 80-letnia wówczas Francuzko-Belgijka z grymasem dezaprobaty na twarzy powtarzała systematycznie „jesteśmy im to winni”, opowiadając np. o pomyłkowej przesiadce w Molenbeek, którą musiała przeżyć, wizualnie, sensualnie i psychicznie. Bo do tego folkloru, któremu Belgia „była coś winna” należeli również muzułmanie. Bez zdefiniowanej funkcji, no może poza taką, że stanowili sporą grupę najemców w dzielnicach, które nie cieszyły się specjalnym zainteresowaniem turystów.

 

Panorama Brukseli, fot. dadothedude

 

Już wtedy, a było to mniej więcej 10 lat temu żaden szanujący się obywatel Brukseli nie mieszkał, nie bywał i nie jadał w Molenbeek. Przypadkiem też tam nie trafiał, chyba że miał problemy z pamięcią jak madame Sophie. Molenbeek praktycznie od razu było miastem w mieście. Od razu, czyli od chwili, kiedy zaczęli pomieszkiwać tam imigranci. Tylko wtedy, 10-12 lat temu, wydawało się ono niegroźne. Było sporo nadziei, że stanie się dzielnicą artystycznej bohemy. Bo akurat artystom wypadało tam mieszkać. Kupować lofty i zmieniać je w designerskie apartamenty. Taka snobistyczna Praga, tylko w Brukseli. Głośna, gwarna dzielnica, z marokańskimi zapachami, z niezliczoną ilością dzieci, krzykliwymi kobietami i grupkami młodych mężczyzn. 10 lat temu cała dzielnica traktowana była jako twór tymczasowy. Lata przemysłowej świetności miała już za sobą, więc zasiedlali ją coraz to nowi imigranci. Ale i sporo artystów, garstka europarlamentarnych asystentów z aspiracjami na więcej, trochę studentów. Tak naprawdę „Małe Maroko” tworzyło się tam od końca lat 60-tych. Belgia chętnie przyjmowała tanią siłę roboczą, nie spodziewając się, że ta być może nigdy nie będzie chciała wrócić do ojczystych krajów. Molenbeek sprzed 10 lat miało w sobie coś jeszcze. Jeśli szukało się współczesnego designu o islamskich korzeniach to należało trafić właśnie tam. I nie chodziło o marokańskie taborety robione na Białorusi, ale o orientalną klasę i szyk.

Bo tak też chcieliśmy wtedy widzieć muzułmanów – arabską elitę, która co prawda zachowa swoje minimum tradycji, ale po europejsku się „ucywilizuje”. Okazało się jednak, że to my po europejsku nie jesteśmy w stanie przyswoić sobie, że nie można innych brać swoją miarą…

© 2017 Kinelkovska. Wszelkie prawa zastrzeżone. Zdjęcia użyte na stronie stanowią własność właściciela strony.