Mediolan, miasto które niczego nie musi udowadniać

Lifestylove

Każdy ma swój podróżniczy raj. Miejsce, okoliczności, towarzystwo. Nieważne gdzie, z kim, jak. Mój raj to jedno z najbogatszych, o ile nie najbogatsze miasto starego kontynentu. Ostentacyjnie nieskromne, zawstydzająco eleganckie, dumne, hedonistyczne pod każdym chyba względem. Miejsce, w którym modą, kompozycją kolorów, stylem i doskonałą architekturą po prostu się oddycha. Nie – podziwia, krytykuje, dyskutuje. Oddycha!

 

Podróż wielokrotnie przekładana z powodów różnych. Mimo że odległość praktycznie żadna (ok. 1200 km samolotem) a koszty przyswajalne. Logistyka też niewymagająca, to w końcu nie wprawa na Wyżynę Gujańską. ID, bilet lotniczy, walizka, hotel i portfel. Ale! Z podróżowaniem jest jednak tak, że jeśli jedyną motywacją do spakowania walizek jest tylko chęć zobaczenia jakiegoś miejsca na tym globie, to każda podróż będzie… żadna. Można włączyć google street view. No naprawdę. Prościej, szybciej, bezkosztowo. Efekt ten sam. Czasem nawet przyjemniej, nie ma tłumu napastliwych turystów, nie ma dyskusji o pogodzie, nie zdarząją się bilety, które właśnie się skończyły. A tak serio – podróżowanie musi mieć sens, motywację inną niż ta oczywista, ciekawość rzeczy, o których nie przeczytamy w turystycznych przewodnikach. Bo podróżowanie jest po coś. Każdy wyjazd to poszukiwanie DNA miejsca, do którego zmierzamy. Poznawanie siebie w okolicznościach, które nas zaskakują. Szukanie wspólnej tożsamości z otoczeniem, w którym jesteśmy i definiowanie własnych motywacji. Mój Mediolan czekał na uzasadnienie.

 

 

I wreszcie zdarzył się doskonały moment. Wyjazd doszedł do skutku w momencie wzmożonej wiary w teorię „wszystko jest możliwe, jeśli tylko bardzo tego chcesz”, ale o tym innym razem. Oczywiście, że pojechałam do stolicy regionu Lombardii dla mody. Byłabym hipokrytką, gdybym napisała inaczej. Jestem zakochana w duchu mody, która rozumie i interpretuje osobowość człowieka. Nie przebiera, udziwnia, dusi, tylko wzbogaca. Nie jest pogonią za trendem, tylko narzędziem do poszukiwań własnego stylu. Bardzo to trudne. Nie przebrać człowieka, ale wyeksponować jego indywidualne cechy osobowości. Nie nałożyć na niego kolejnej maski, dopasowanej do wymogów okoliczności, ale dodać mu odwagi w interpretacji własnego ego. Mediolan jest takim duchem, siłą napędową jednej z ważniejszych gałęzi światowej gospodarki. Ma dar interpretacji. Jest miastem, które niczego nie musi udowadniać – egalitarnym w swojej elitarności. Zapracowało na to latami walki o swoje miejsce na mapie światowej mody.

 

Butiki najważniejszych marek odzieżowych z półki high fashion 

 

Myli się jednak każdy, kto myśli, że moda ogranicza się tu jedynie do butików (tak, praktycznie każda marka z półki high fashion ma w tym mieście swój sklep). Mediolan to cały przemysł, machina produkcji tekstylnej i wzorniczej. Szacuje się, że zatrudnia blisko 100 tys. ludzi. To największe targi tkanin na świecie (Milano Unica). Co roku wystawia się tu blisko 1000 producentów tkanin i akcesoriów pasmanteryjnych. Oczywiście Milan Fashion Week, zagłębie stylowego przemysłu meblarskiego w pobliskiej Brianzie, td. itd. Tylko na czym tak naprawdę polega fenomen miasta, dla któryego kreatywność staje się głównym motorem działania i jednocześnie bazą dla tworzenia finansowej potęgi? Sporo w tym wiary w „niemożliwe”. Niekwestionowana stolica twórczej mody budowała ten wizerunek przeszło 50 lat. Oczywiście sukces nie pojawił się tak całkiem znikąd – włoskie tkaniny były powszechnie pożądane na europejskich dworach już w średniowieczu. Podobnie ich wełny, skóry, biżuteria – cieszą się kilkusetletnią sławą. Ale prawdziwy biznes modowy zaczął się tak naprawdę dopiero po II wojnie światowej. Pierwsze zwiastuny to prawdopodobnie lata 20-te z ręcznie szytymi butami Salvatore Ferragamo, w których zakochiwały się ówczesne hollywoodzkie gwiazdy czy skórzane wyroby Gucci wykonywane we florenckiej pracowni, założonej w 1921 roku. Jednak to dopiero powojenne zniszczenia sprawiły, że włoski rząd zaczął intensywnie szukać sposobu na odbudowanie zniszczonej gospodarki. Jedną z najlepszych decyzji, jakie wówczas podjęto to wsparcie dla rekultywacji tradycyjnych produktów wykonywanych metodami rzemieślniczymi. Bardzo szybko zaczęły się odradzać warsztaty i pracownie wyrobów skórzanych, akcesoriów dla kobiet i butów, dla których głównym rynkiem zbytu stały się Stany Zjednoczone. W mieście budowanym tak naprawdę od nowa. Na szczęście dość szybko zauważono, że włoskie suknie (początkowo tylko repliki paryskich modeli) są znacznie tańsze, a jednocześnie w niczym nie ustępujące, jakością francuskim egzemplarzom. Przełom to rok 1951 i pierwszy wielki pokaz mody włoskich projektantów (choć wtedy nazywanych częściej krawcami – siostry Fontana, Contessa Visconti, Emilio Pucci, Emilio Shuberth, Baroness Gallotti). 10 lat później na firmamencie pojawiła się marka Valentino. Lata 70-te i 80-te to z kolei najlepszy czas mediolańskiej mody męskiej, garnitury Armani i Zegna, buty Gucci, dzianiny Missoni. Ale na modowej scenie ogromną rolę zaczynają odgrywać również inni gracze – Moschino, Romeo Gigli i Dolce & Gabbana, a włoskiego look’u dopełniają Ferré i Versace i Prada. Machina pędzi, ale nie zapomina o tożsamości – cały proces ma lokalną identyfikację – projektowanie, produkcja tkanin, szwalnie, marketing.

 

Początki włoskiego looku (modele z Metropolitan Museum od Art, Nowy Jork)

 

Współczesny Mediolan ma status potęgi międzynarodowego biznesu. Nie tylko modowego. PKB Mediolanu to wynik drugiego miasta Włoch. Jest inny niż reszta słonecznej Italii. Praktycznie pod każdym względem. Wizualnie, bo obok zadbanych i odrestaurowanych zabytków, rosną coraz częściej drapacze chmur. Stylistycznie, bo wszystko ma tu wymiar nowoczesnego, niezwykle eleganckiego vintage. Osobowościowo, bo elitarność miasta sprawia, że wszyscy tu są przede wszystkim Mediolańczykami, w drugiej kolejności kosmopolitami, a dopiero na końcu Włochami. Mediolan ma w sobie jakąś nieziemską elegancję, która jest po prostu wszechobecna – nie chodzi tylko o ciuchy, ale o wszystko. Połączenia kolorów na elewacjach budynków, posadzkowe mozaiki, ścienne malowidła, nawet sposób, w jaki dobrane są doniczki w restauracyjnych ogródkach. Jest w tym coś w rodzaju symbiozy. Wszystko do siebie pasuje, choć niejednokrotnie zaskakuje połączeniem faktur, wzorów, kolorów. Włosi rzeczywiście dostali od Boga czy natury (można wybrać dowolne) siódmy zmysł estetyczny. I fantazję, która łączy designerski instynkt z poczuciem humoru.

 

Mediolan – miasto w kolorze przydymionego różu, wanilii i szlachetnych beży

I wreszcie ten ich unikalny styl, który wymyka się zarówno tradycyjnemu włoskiemu spojrzeniu na modę, jak i trzyma w ryzach śródziemnomorską fantazję. Wbrew dość powszechnym opiniom to Włosi, nie Włoszki są tu dużo lepiej ubrane. Jeśli jakikolwiek facet chce zrozumieć włoski szyk, musi odwiedzić to miasto. W ich ciuchach nie ma miejsca na jakikolwiek przypadek, choć wszyscy wyglądają tak, jakby to, co mają na sobie było wybierane w ostatniej chwili. Nie jest. Sznurówka w bucie pasuje do fragmentu kratki z szalika, okulary do zegarka, itd. Każda „stylizacja”, która absolutnie nie może wyglądać, jak stylizacja łączy intensywne śródziemnomorskie kolory z pastelami z ostatnich pokazów mody w taki sposób, że wywołuje poczucie onieśmielenia. A kobieca moda? Cóż, nigdzie na ziemi nie widziałam takiej ilości oryginalnych Chanel Bag. I nigdzie nie są noszone z taką swobodą. Patrzysz na właścicielkę i po prostu wiesz, że to jest jej n-ta Chanelka… Nonszalancja, klasa, na pewno snobizm, przynajmniej odrobina. Z jednej strony odwołania do klasyki (kroje, zestawienia kolorów, faktur, najlepszych jakościowo materiałów, perfekcyjne wykończenia), z drugiej świadomość własnej unikalności i wyjątkowości, podkreślane detalami – Mediolańczycy noszą swoje ciuchy tak, jakby po prostu się w nich urodzili. Nie są przebrani w modę, sprawiają wrażenie, jakby łączenie najnowszych trendów, z jakością i wygodą było podstawową funkcją życia. Być może tak po prostu jest.

 

Świątynia mediolańskiej mody – Galeria Corso Como 10

 

 

 

MEDIOLAN praktycznie

 

ZAKUPY, jeśli już na takowe się zdecydujecie (nie zdecydować się na nie w tym mieście jest baaaaardzo trudno). Naprawdę wartych zainteresowania jest w Mediolanie 5 adresów. Praktycznie wszystkie marki z półki high fashion znajdziecie w Mediolańskiej Dzielnicy Mody Quadrilatero d’Oro (tzw. Złoty Kwadrat) nakreślona uliczkami: Via Montenapoleone, Via Manzoni, Via Sant’Andrea, Via Vittorio Emanuele i Via della Spiga. W centrum miasta, przy placu Duomo znajdziecie 2 galerie handlowe – Galeria Vittorio Emanuele – subiektywnie najpiękniejsza galeria handlowa w Europie, zaprojektowana przez Giuseppe Mengoni, neoklasycystyczna, ostentacyjnie wytworna. Tworzona w latach 1865-1877, wzniesiona na planie krzyża, z niezwykłym arkadowym dachem ze szkła. Symbol bogactwa i elegancji miasta, enklawa ekskluzywnych marek i równie ekskluzywnych klientów. Znajdziecie tu modę zarówno z kolekcji haute couture, jak i tych bardziej casulowych, ale również biżuterię, książki, obrazy i rzeźby. Obok globalnych marek, butiki mają typowo włoskie firmy. Ceny zabójcze, ale bez dyskusji trzeba tam trafić, dla architektury, artystycznych wystaw sklepowych i ducha zakupów. Druga – La Rinascente – ponad 100 marek w jednym miejscu (samych biżuteryjnych jest ponad 20), świetne wnętrza, jednak trudno tu zrobić przemyślane zakupy – za dużo turystów, za dużo zamieszania, a ceny też nie zachęcają, nawet te wyprzedażowe. Na zakupy bardziej przystępne finansowo trzeba się wybrać do dzielnicy Corso Buenos Aires – kilkaset sklepów z odzieżą, akcesoriami, biżuterią, wystroju wnętrz.

I na koniec coś dla koneserów – świątynia 10 Corso Como. Miejsce stworzone przez Carlę Sozzoni (związaną wcześniej z włoskim wydaniem Vogue’a), łączy świątynię mody z galerią sztuki współczesnej, księgarnią, kawiarnią i hotelem. Jeśli ktoś znajdzie lepsze miejsce, by poczuć i zrozumieć włoską fantazję, to chętnie się tam wybiorę. Według mnie bezkonkurencyjny numer 1 w Mediolanie.

 

CZAS. Mediolan nie jest miejscem na długie urlopy. Obiektywnie jest drogi, nie jest miastem wypoczynkowym (w centrum miasta nie znajdziecie np. choćby jednej wolnostojącej ławeczki, odpoczynek tak, ale tylko i wyłącznie w pobliskich kawiarniach), w miesiącach letnich jest po prostu za gorący. Jest za to idealną metropolią na kilkudniowy wypad lub miejscem, w którym się żyje na co dzień. Ale jeśli myślicie o weekendowym zwiedzaniu to warto zwrócić uwagę na dość ważną kwestię. Uwaga numer 1 dla potencjalnych podróżników, jeśli nazwa lotnika jest 2-członowa, np. Mediolan-Bergamo, Bruksela-Charleroi, Paryż-Beauvais, a podróżnik jest nieuważnym snobem – znaczy to w większości przypadków tyle, że absolutnie nie lądujesz w Mediolanie, Brukseli, czy Paryżu, ale na lotniskach oddalonych o kilkadziesiąt kilometrów od miejsca docelowego (Bruksela-Charleroi/80 km). Co jest tyle ważne, że jeśli jest to wyjazd weekendowy to masz już z głowy jakieś 6 godzin (autobus z lotniska, przejazd do miejscowości docelowej, przesiadka na taksówkę/metro, dojazd do hotelu x podróż tam i z powrotem). Warto o tym pamiętać również w przypadku Mediolanu. Mi dotarcie do hotelu z lotniska zajęło prawie 3 godziny (w jedną stronę).

 

KOMUNIKACJA. Miasto idealne – metro dociera praktycznie do wszystkich miejsc wartych zainteresowania i czasu. W śródmieściu gęsta sieć miejskich autobusów i tramwajów. Warto zainteresować się hotelami poza centrum miasta. Z resztą można odnieść wrażenie, że wszystkie prozaiczne czynności są realizowane poza centrum miasta – sklepy spożywcze, markety, pralnie.

 

ZWYCZAJE. Po czym można poznać polskie turystki w Mediolanie? Po pierwsze – są w grupie. Po drugie – w tejże grupie mają identyczne kurteczki (choć w innych kolorach) a’la pikóweczki włoskiej (sic!) marki Byblos, tyle tylko że kupione na pobliskim bazarze, za jakieś 20-30 złotych. Po 3 – jeśli spotkasz je na mediolańskiej ulicy na pewno są szpilkach, ewentualnie na koturnach. Po 4 – wszystkie cztery to tlenione blondyni, z odrostem od 5 mm w górę. Po 5 – torebka zakupowa Emporio Armani (to ta tańsza linia Armani) towarzyszy im każdego dnia, łącznie z lotniskiem w drodze powrotnej – tu jest w niej schowana już tylko woda mineralna. Prawdę powiedziawszy miałam nadzieję, że po przylocie do Krakowa łaskawie ją wyrzucą (zmaltretowaną torbę zakupową), ale nie – jak już nie było w niej wody mineralnej, a sama torba była w opłakanym stanie, wisiała sobie na rączce walizki…

© 2018 Kinelkovska. Wszelkie prawa zastrzeżone. Zdjęcia użyte na stronie stanowią własność właściciela strony.