Veni, vidi, vici – 5 rzeczy o Rzymie, które cię zaskoczą

Lifestylove

Wieczne Miasto. Tysiące zabytków, malowniczych uliczek, kameralnych ristorante. Jeśli wybierasz się tam poraz pierwszy – oczekiwania ogromne. Spełnione? Trudno powiedzieć, ale i tak miasto warte grzechu.

Widok na Schody Rzymskie nocą

Rzym zachwyca i przeraża jednocześnie. Miasto, w którym każda kostka brukowa jest elementem historii musi fascynować. Jest, czy tego chcemy, czy nie fundamentem europejskiej cywilizacji. Europejczyk raczej się w tym miejscu zakocha. Piszę raczej, bo jeśli przespał w szkole całą historię starożytną i nie wziął ze sobą przyzwoitego przewodnika, to po prostu nie zrozumie tego miasta. Jego monumentalności, pozornej monotonii kolorów, uwielbienia dla marmurów i trawertynów. Jeśli natomiast jest jakkolwiek kulturowo uświadomiony -dostrzeże i doceni to, że architektoniczna, cywilizacyjna i historyczna Europa zaczęła się właśnie tu. To miasto jest arcydziełem, po prostu. Z całą pewnością ma kogoś, kogo u nas nazywamy głównym architektem miasta. Zabudowa jest bardzo spójna, chwilami masz wrażenie, że aż za bardzo. W mozaice uliczek, kamienic, fontann, przepastnych schodów masz wrażenie, że wszystko do siebie pasuje, XVIII wieczna zabudowa do starożytnych stajni, apartamentowiec do kamienicy z ubiegłego wieku. Ta kompatybilność daje poczucie bezpieczeństwa. Wiesz, że ktoś czuwał nad każdą nitką kolejnych uliczek, więc nawet jeśli się zgubisz, to i tak nie zwariujesz z przerażenia. W historycznym śródmieściu praktycznie nie ma nowych ulic, więc gogle maps, radzą sobie bardzo dobrze.

 

Most na Tybrem

Choć współczesny Rzym niewiele ma wspólnego z „Rzymskimi wakacjami” Wiliama Wylera, to nadal jest warty przynajmniej kilku dni. Dlaczego?

 

Po pierwsze, dlatego że żaden przewodnik i żadne zdjęcia nie oddadzą wrażania, jakie na żywo sprawiają rzymskie zabytki. Koniec kropka. Nikt mnie nie przekona. Tak naprawdę nie rozumiałam potęgi starożytnego Rzymu, dopóki nie zobaczyłam Koloseum, Kapitolu, Fori Imperiali, czy Forum Romanum. Dopiero stojąc tam dotarło do mnie, że współczesna Europa to nie ostatnich 20 czy 50, ale kilka tysięcy lat (!). I wszystko, co się dziś dzieje, jakaś zabawna Unia Europejska, wspólna waluta, multi-kulti, czy Donald Trump, który daje nam pstryczka w nos, są zaledwie epizodem w historii tego kontynentu. Kiedy spoglądasz na Koloseum, to które ma prawie 2000 lat, a obok widzisz kamienice z XVIII i XIX wieku, ślady zabudowań z II wojny światowej i współczesny apartamentowiec to dociera do ciebie ulotność wszystkiego, czym przejmujesz się w codziennym życiu. I zaczyna w gruncie rzeczy bawić. Doceniasz klasyczną architekturę; wnętrza które są tak samo piękne dziś, jak były 100 lat temu i tkaniny, które nie mają wieku a zachwycają znacznie bardziej niż te, które są aktualnym must havem. I jeszcze bardziej chcesz mieć mieszkanie w 100-letniej kamienicy, ze stiukami, na które nikt nie zwraca uwagi, ale ty będziesz kochać. Tak samo, jak skrzypiącą drewnianą podłogę i opadające drzwi wejściowe.

 

Jedna z najbardziej urokliwych uliczek Rzymu, via dei Condotti

Po drugie, możesz obalić mit włoskiej kuchni i odkryć smaki, które uwiodą cię znacznie bardziej niż legenda cucina italiana. Powiem tak – doceniłam polskich kucharzy, którzy podkręcają smaki włoskiej kuchni. Tych w polskich restauracjach, o zgrozo. Wiem, zabijam legendę. Ale prawda jest taka, że dobra włoska kuchnia w Rzymie jest tylko w restauracjach z półki michelin. W tzw. ristorante, których odwiedziliśmy co najmniej kilka, cucina italiana jest po prostu mdła, oszczędna w przyprawy, nijaka, robiona taśmowo, przez kucharzy, którzy naprawdę niewiele mają wspólnego z Italią w ogóle. Pierwsze wrażenia są zazwyczaj pozytywne, bo urok małych klimatycznych restauracyjek, w których wita cię stuprocentowo włoski kelner, nadal jest nie do podrobienia. Dlatego warto do takiej wstąpić, choćby po romantyczny flow. A jeśli chcesz zjeść coś naprawdę inspirującego, poszukaj w miejscach nie tak oczywistych, jak ci się wydawało. My Włochy z naszych życzeń – rodzinne, głośne, przyjazne znaleźliśmy w dzielnicy żydowskiej i urokliwej uliczce Sant’Angelo. Koszerna kuchnia okazała się być niesamowitym odkryciem! Szukaj dobrego jedzenia tam, gdzie stołują się Włosi, nie turyści. Ot, najprostsza recepta.

 

Włoska kafejka w Rzymie

Po trzecie, jeśli przestaniesz być turystą, takim dosłownym, ślepo podążającym za przewodnikiem, to w Rzymie (i nie tylko) odkryjesz znacznie więcej niż statystyczny zwiedzacz. Nie szukaj typowych atrakcji turystycznych, a Wieczne Miasto zaoferuje ci mnóstwo wrażeń. Poświęć 1 dzień na standardowe szlaki, jeśli już bardzo chcesz. Pozostały czas oddaj miejscom ukochanym przez samych Rzymian – zajrzyj na tzw. Zatybrze (Trastevere), kiedyś ubogą dzielnicę, w której mieszkali robotnicy, dziś jeden z najbardziej malowniczych zakątków cesarskiego miasta. Odwiedź Monteverde Vecchio – tzw. zieloną górę z najpiękniejszymi widokami stolicę Włoch, przepełnioną wypielęgnowaną architekturą, elegancką i spokojną – idealne miejsce na romantyczne spacery. Szukaj miejsc ulubionych przez mieszkańców, nie przez turystów. Nie pożałujesz.

 

Dzielnica żydowska z zaskakująco dobrą kuchnią koszerną

 

Po czwarte – zrobisz zakupy, na które cię stać, choć być może nie takie, jak planowałaś. Ok, bez sensu zakładać, że jedziesz do Rzymu na typowy shopping. Są znacznie lepsze miejsca w Europie. Tym bardziej, jeśli polujesz na cenowe okazje. Tu o takie zakupy trudno, bo trzeba mieć sporo czasu, żeby znaleźć w Rzymie europejskie czy amerykańskie marki. Tylko że te znajdziesz w Polsce, w każdej galerii handlowej. A to miasto ma do zaoferowania znacznie więcej – włoskie butiki z bajecznymi skórzanymi torebkami, zwiewnymi sukienkami i tunikami, lekkimi bucikami. Po to jedziesz do obcego miasta – po wszystko, czego nie masz u siebie. Znajdziesz też te bardziej ekskluzywne sklepy, których mekka jest gdzieś w okolicach via Del Corso i nawet jeśli twoja karta kredytowa nie wytrzyma spotkania ze sklepową kasą, to warto wejść i choć trochę zainspirować się włoską zwiewnością i elegancją. Bo naprawdę nikt nie ma takich tkanin, jak oni. Zajrzyj też do sklepów spożywczych z typowo włoskimi produktami, wstąp na jeden z wielu lokalnych bazarków ze świeżymi owocami i warzywami – nie pożałujesz. Kup ich ręcznie robiony makaron, przyprawy, suszone pomidory. Oczywiście pod warunkiem, że nie lecisz tylko z bagażem podręcznym, bo wtedy wszystko przepadnie na lotniskowej bramce.

 

Jeden z wielu rzymskich targów przy placu Campo de’ Fiori

Po piąte – nie oczekuj romantyzmu, a Rzym cię zaskoczy. Umówmy się, jeśli wybierasz miejsce na romantyczny weekend, to wybierz inne miasto. Po prostu. Rzym, a dokładnie liczba turystów jest tu znośna tylko w dni powszednie. Im bliżej weekendu, tym więcej nawiedzonych zwiedzaczy. Najgorszy jest zgiełk tzw. zorganizowanych grup z oflagowanym przewodnikiem na początku. Wybierz na wyjazd początek tygodnia, wróć najpóźniej w piątek. W weekend niewiele zobaczysz, bo przerażą cię kolejki po bilety wstępu, a „naganiacze” sprzedający wodę mineralną nawet na placu św. Piotra, skutecznie pozbawią się resztek natchnienia. Nie licz na romantyczną kolację pod fontanną di Trevi, bo nawet jeśli jakimś cudem doczekasz się wolnego stolika, to zaduch wąskich uliczek wokół, zgiełk tłumu i taśmowa obsługa kelnerska sprawią, że nawet najbardziej possitive people wrócą do hotelu rozczarowani. Jeśli stać cię na wyjście poza turystyczny schemat to idź pod fontannę di Trevi nad ranem. Warto, bo efekt jest znacznie lepszy niż wieczorem z pierdyliardem turystów. I pamiętaj – romantyzm jest najfajniejszy, kiedy jest spontaniczny.

 

Fontanna di Trevi – gwiazda Rzymu 🙂

 

I na koniec – możesz skutecznie zweryfikować swój poziom akceptacji dla zjawisk różnych. Umówmy się, należę do osób, które bardzo się starają widzieć lepszą stronę wszystkiego. Dbam o poprawność polityczną, bo korzenie mam, jakie mam. Jestem oszczędna w krytyce europejskiej polityki dotyczącej uchodźców, choć sporo kwestii budzi moje wątpliwości… A współczesny Rzym, ku mojemu delikatnemu przerażeniu, to już bardziej europejska kolonia, a nie Europa sama w sobie. Z bogatymi enklawami gdzieniegdzie i całą resztę. Tygiel narodowości, beznadziejnych zachowań i ton śmieci na ulicach. Chcąc nie chcąc nagle wracasz do książki Oriany Falacci i zaczynasz rozumieć, że wcale nie była taką ksenofobiczną jędzą, za jaką ją uważałaś w ramach wyuczonej poprawności politycznej. Śmieci w Rzymie walają się wszędzie i ten widok po prostu boli. Zwyczajnie po ludzku nie jesteś w stanie zrozumieć, jak można zamówić katering na plac Świętego Piotra i zostawić na nim pudełka po jedzeniu. Podobnie jak nie ogarniasz widoku XVII-wiecznej uliczki wychodzącej na Palazzo Massimo, która stała się szaletem publicznym dla bezdomnych. I dostajesz szału, kiedy próbujesz się jakoś tam zadumać w Watykanie, a ze wszystkich stron osaczają cię wrzeszczący handlarze wody mineralnej, kapeluszy, miseczek na psią karmę z wizerunkiem Franciszka, cudownych różańców po 40 euro i innych cudów, którzy w głębokim poważaniu mają twoje próby modlitwy. I nagle nie ma już w tobie empatii dla uchodźcy, który przyjechał tu, żeby godnie żyć, bo on w d… ma twoją wiarę. Dla niego nic nie znaczy 3000 lat historii tego miasta, bo to nie jego historia, nie jego tożsamość, nie jego kultura. I robi się smutno, po prostu, bo przestajesz mieć wrażenie, że to twoja Europa…

 

 

© 2017 Kinelkovska. Wszelkie prawa zastrzeżone. Zdjęcia użyte na stronie stanowią własność właściciela strony.